Wielki kamień z serca spadł wszystkim kibicom PSG. W doliczonym czasie przegrywaliśmy 1:2, jednak znów uratował nas Goncalo Ramos, który doprowadził do remisu. W karnych okazaliśmy się lepsi wygrywając 4:1. Mamy to!

Takie mecze nie zdarzają się często, finał Superpucharu Francji, do tego wielki „Le Classique”. Nic dziwnego, że w naszej redakcji o tym meczu mówiło się od początku roku. Jak się okazało bardzo słusznie, bo przyniósł niesamowite emocje. Obie drużyny miały do siebie duży respekt, wiedziały, że najmniejszy błąd może być kluczowy i zaważyć na wyniku spotkania.

PSG tym razem nie było w stanie zdominować przeciwnika, który bardzo wysoko starał się odbierać piłkę i utrudniał płynne rozgrywanie akcji paryżanom. Wynik co prawda otworzyliśmy dość szybko, bo w 13 minucie po golu Dembele. Mocno pomogło nam nieporozumienie w defensywie, ostatecznie aczkolwiek nie ułatwiło nam to jednak znacząco przebiegu spotkania. Wciąż musieliśmy niesamowicie się pilnować, bo Marsylia potrafiła „ukąsić”.

Długo nie byli jednak w stanie przebić się przez naszą defensywę i Lucasa Chevaliera, który tego dnia radził sobie nadzwyczaj dobrze. Druga połowa była jednak jeszcze trudniejsza niż pierwsza. Marsylia wiedziała, że musi atakować i nie spuszczała nogi z gazu. Przez pewien czas nie przynosiło to rezultatu. Zmieniło się to w 76 minucie, kiedy to Olympique otrzymał rzut karny zmieniony na gola przez Masona Greenwooda.

Wtedy nerwy wkradły się w szeregi PSG, które już powoli myślało o podniesieniu pucharu. Panika rozpoczęła się jednak w doliczonym czasie gry, wtedy do własnej siatki niefortunnie trafił Willian Pacho i zrobiło się na prawdę gorąco. Luis Enrique musiał działać – na boisko wpuścił naszego Jokera – Goncalo Ramosa i to on znowu okazał się kluczowy. Trafił do siatki praktycznie w ostatnich sekundach meczu!

Radość PSG i rozpacz Marsylii była widoczna, niesamowita zmiana w ostatniej akcji, która doprowadziła do rzutów karnych. Tam byliśmy bezbłędni a Lucas Chevalier obronił dwa rzuty karne co jasno pokazało kto był tego dnia lepszy. Zasłużenie zgarnęliśmy kolejne trofeum, a Marsylia… cóż, musi obejść się smakiem. Może za rok się uda! 😉