Przed spotkaniem jasne było, że obie ekipy będą robiły wszystko, aby przełamać złą passę. PSG przegrało w Pucharze z Paris FC, Lille z kolei zanotowało dwie porażki – z Rennes w Ligue 1 i Lyonem w Pucharze. Wydawało się więc, że będzie to spotkanie wyrównane na dużej intensywności. Częściowo mieliśmy rację, jednak intensywność zaprezentowało głównie PSG.
Pierwsza część spotkania była jeszcze stosunkowo wyrównana. PSG szybko wyszło na prowadzenie po pięknej bramce zza pola karnego Ousmane Dembele. Piłka odbiła się po jego strzale od słupka i wpadła do bramki. Po tym trafieniu Paryżanie nieco spuścili z tonu i pozwolili na ataki Lille. Mało brakowało a jeden z nich zakończyłby się trafieniem. Uratował nas słupek a w innych sytuacjach interwencje Chevaliera.
Bardzo niezadowolony z postawy swoich zawodników był Luis Enrique, który szalał przy linii bocznej. Było widać, że nie takiej gry oczekiwał, coś więc musiało się zmienić. I w istocie tak się stało, Hiszpan musiał solidnie „naprostować” swoich graczy w przerwie, bo na drugą część spotkania wyszli niesamowicie nabuzowani energią.
Rozmowa motywacyjna zadziałała
Wtedy Lille nie miało już zbyt wiele do powiedzenia, musieli otwarcie uznać wyższość PSG w tym meczu. Udało im się oddać tylko dwa strzały na dziewięć paryżan. Co prawda posiadanie piłki nieco spadło, co nie zmienia faktu, że wizualnie lepszą drużyną byli podopieczni Luisa Enrique. Na potwierdzenie bramkowe musieliśmy jednak trochę poczekać.
Było warto, bo Ousmane Dembele w 64 minucie zabawił się z obrońcami i bramkarzem Lille. Kapitalnym strzałem przelobował nieco wysuniętego Berke Ozera i podniósł prowadzenie. Ta bramka to był istny majstersztyk i potwierdzenie, że Francuz może wracać do dyspozycji z sezonu 24/25. To zamknęło mecz.
Lille nie wierzyło już w sukces i jedynie obserwowało jak PSG napędza kolejne ataki. Przyniosły one jeszcze jedno trafienie, miało miejsce w doliczonym czasie gry a do siatki trafił Bradley Barcola. 3:0, piękne przełamanie i jasny sygnał, że Paryżanie potrafią podnosić się po porażkach. Teraz czas na emocje w Lidze Mistrzów!


