Mecz pełen paradoksów. PSG wygrywa na Parc des Princes!

Pierwszy mecz 1/4 finału Ligi Mistrzów to jednoczesne spełnienie marzeń i ogromny niedosyt. Paryżanie zagrali kapitalnie całkowicie dominując Liverpool. Trzeba jednak przyznać, że nieskuteczność w tym spotkaniu wręcz raziła w oczy.

Przed spotkaniem raczej większość kibiców PSG podchodziła do tej rywalizacji sceptycznie i z dużym respektem do rywali. Pomimo problemów w ostatnim czasie wciąż to topowa ekipa, która ma wiele argumentów zarówno w ofensywie jak i defensywie. Wszyscy spodziewali się więc wyrównanego spotkania w którym zadecydują detale. Okazało się, że nie one zadecydowały, zrobiła to po prostu różnica klas, lub nawet dwóch klas. PSG wyszło na to spotkanie niesamowicie zmotywowane i było to widać od pierwszych minut. Od razu przystąpili do ataku i momentami nie pozwalali gościom wyjść z własnej połowy.

Nałożona presja, wymienność pozycji i ogromna intensywność sprawiły, że Liverpool zupełnie nie istniał. Mogli jedynie obserwować jak PSG wysoko odbiera im piłkę i konstruuje kolejne akcje. Wystarczy powiedzieć, że w polu karnym Liverpool w całym spotkaniu miał kontakt z piłką… dziewięć razy. Oddali łącznie trzy strzały z czego ani jeden nie był w światło bramki. Najniebezpieczniejszy był strzał Jeremiego Frimponga z prawej strony boiska. Gdyby celniej uderzył Safonov miałby ogromne problemy z obroną tego strzału. Paryżanie z kolei niesamowicie oblegali bramkę Mamardashviliego.

Jest dobrze, powinno być zdecydowanie lepiej

Łącznie uderzyli na bramkę aż osiemnaście razy, jednak tylko sześć z nich było celnych. Niestety tutaj przechodzimy do tej negatywnej strony paryskiego występu – nieskuteczności. Prawda jest bowiem taka, że właściwie wszystkie z tych celnych uderzeń powinny zakończyć się bramką. Niefrasobliwość lub zbytnie rozluźnienie piłkarzy momentami były wręcz niezrozumiałe. Ousmane Dembele spokojnie powinien zakończyć ten mecz z bramką, Desire Doue również powinien mieć drugie trafienie. Jeśli mielibyśmy przyczepić się do jakiegoś aspektu gry to byłoby to właśnie to.

W ostatecznym rozrachunku i tak możemy z dumą opowiadać o tym spotkaniu. Tak zdominowanego Liverpoolu nie widzieliśmy dawno, Mistrz Anglii po prostu nie istniał, nie wyszedł na murawę w tym spotkaniu. A jeśli wyszedł to tylko, aby obserwować jak PSG rozgrywa prawdziwy koncert, jednak bez pełnego happy-endu. „The Reds” powinni być nam wdzięczni za brak skuteczności, bo ten dwumecz rozstrzygnąłby się już w pierwszym spotkaniu. A tak mają jeszcze jakieś szanse. Jak mówi klasyk „2:0 to niebezpieczny wynik”. Jeśli jednak Paryżanie zagrają tak jak na Parc des Princes lub na Stamford Bridge nie mamy się czego obawiać.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *